Niektórzy mówią na nie deskale, inni drewnale, a Arkadiusz Andrejkow nazywa je po prostu muralami, bo zgodnie ze sztuką street artu malowane są na ścianach, tyle że często drewnianych. Inspirowane starymi fotografiami powstają też na murach kamienic i przystankach zagubionych przy drogach, którymi rzadko przejeżdża autobus. Na całym Podkarpaciu jest ich ponad 100. To wciąż tworzony „Cichy memoriał” – opowieść o tych, którzy tu się rodzili, mieszkali, stąd ruszali w świat lub ze świata przybyli. Śladem ich historii pięknie jest wędrować.
Rozsiane są po całym Podkarpaciu, począwszy od Gorajca na skraju Roztocza, w którym na starej stodole uwieczniono dawnych mieszkańców wsi, przez Rzeszów z muralami przedstawiającymi Tadeusza Nalepę czy bł. Rodzinę Ulmów, po Bieszczady i Beskid Niski, gdzie powstało ich najwięcej.
Arkadiusz Andrejkow, absolwent Wydziału Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego, którego pasją jest malarstwo i street art, pierwsze murale „Cichego memoriału” namalował dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tuż przed majowym świętem w 2017 roku przystąpił do realizacji pomysłu, który już dawno chodził mu po głowie. W przeciągu pół roku powstało 21 obrazów na podstawie starych rodzinnych zdjęć - portrety nieżyjących mieszkańców podkarpackich wiosek. Najtrudniejsze było znalezienie pierwszej ściany – ludzie, nie wiedząc, czego się spodziewać, obawiali się zapraszać artystę i pozwalać, by malowidłami pokrywał stare stodoły czy szopy. Z pomocą przyszedł sołtys Załuża koło Sanoka. Zaoferował drewniane wrota w gminnym budynku. Wrota były trzy i Andrejkow wymalował wszystkie. Z każdą przeniesioną w przestrzeń publiczną fotografią zachwyt projektem rósł i z czasem artysta został obsypany zaproszeniami.
Cichy Memoriał - Arkadiusz Andrejkow
Dziś jego prace spotkać można w całej Polsce, ale najwięcej, bo ponad 100, na Podkarpaciu. Stale ich przybywa, a mapę artysta prowadzi na swojej stronie internetowej. Gdyby ktoś chciał w jeden dzień obejrzeć jak najwięcej dzieł, powinien wybrać się w okolice Sanoka i właśnie od rodzinnego miasta artysty zacząć zwiedzanie. Tu również powstało kilka miejskich murali - zarówno kolorowych, jak i w stylistyce „Cichego memoriału”. Jeden z najciekawszych znajduje się na ścianę kamienicy przy ul. Daszyńskiego i przedstawia kobietę sfotografowaną przez Zdzisława Beksińskiego.
Potem do wyboru są dwa kierunki zwiedzania – w stronę Przemyśla lub Leska. Od Sanoka w stronę Przemyśla podążając przez Załuż, Tyrawę Włoską, Kuźminę i Birczę, wśród malowniczych krajobrazów Pogórza Przemyskiego odnajdziemy m.in. portret kołodzieja Nitki z Rozpucia - szanowanego niegdyś w całej okolicy rzemieślnika, „spotkamy” też pana Filika i jego rodzinę na wozie pełnym siana w Kuźminie, sławną kapelę ze Stankowej, a w dawnej Twierdzy Przemyśl - żołnierza CK Armii z wpatrzoną w niego mieszczanką.
Malownicze trasy szlakiem murali Andrejkowa rozciągają się także na północ od Sanoka. Warto ruszyć ich tropem w stronę Leska i dalej na Solinę albo na wschód do Ustjanowej, Ustrzyk Dolnych i przejścia granicznego w Krościenku. Przodkowie z rodzinnych fotografii, dawni mieszkańcy kryją się na ścianach stodół w Orelcu, Zwierzyniu, Myczkowcach. Czas jakby się zatrzymał - matka odprowadza córkę do szkoły, nauczycielka nieistniejącej już szkoły wciąż stoi obok uczniów, ks. Karola Wojtyła spaceruje po Bieszczadach, a do bielonych ścian domu pani Eleni w Krościenku na zawsze przytulili się jej rodzice.
Wspaniała będzie również wyprawa w Beskid Niski i okolice Krosna. W samym Haczowie, do którego przecież i tak trzeba zajrzeć, by zobaczyć liczący 600 lat drewniany kościół z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO, jest aż sześć dzieł Andrejkowa. Kolejne zdobią gospodarstwa w sąsiedniej Malinówce, Bziance. Jak mówi artysta, można podczas takiej wędrówki zatrzymać się, zapytać gospodarzy o historię namalowanych postaci. To najczęściej ludzie bardzo otwarci, a sposób, w jaki zdecydowali się uwiecznić ważne dla nich osoby, łączy się z tym, że z radością również o nich opowiadają. „Cichy memoriał” przywołuje wspomnienia, zachęca do nawiązywania relacji i łączy pokolenia. W trakcie malowania do domostwa zaglądali sąsiedzi, a kiedy na fotografii było więcej osób i nie wszystkie znane rodzinie, pomagali je rozpoznawać, przypominali dawne historie, odnajdowali pokrewieństwo.
Andrejkow nie przestaje malować ścian. Sezon zaczyna już w marcu, kończy w listopadzie. Potem zamyka się w pracowni, staje przed płótnem – po to, by zachować też coś dla siebie. Bo murale przecież do niego nie należą, ich żywotność jest ograniczona. Kilka stodół, na których malował pierwsze obrazy, zostało już rozebranych. Najstarsze deskale znajdują się czasem w miejscach mało uczęszczanych, czasem widocznych tylko dla właścicieli i sąsiada, młodsze są coraz ciekawiej eksponowane. Gmina Bukowsko, w której artysta wykonał już kilka dzieł, zamówiła mural w Płonnej na jednym z najpiękniej położonych w Polsce, choć już nieczynnych, przystanków autobusowych. Andrejkow namalował na nim sławnego romskiego skrzypka Stefana Dymitera, urodzonego w Beskidzie Niskim wirtuoza samouka, który przez wiele lat koncertował na ul. Floriańskiej w Krakowie, grywał w Piwnicy pod Baranami i którym zachwycił się kiedyś sam Yehudi Menuhin. Warto się na tym przystanku zatrzymać. Znajduje się przy trasie rowerowej, więc to idealne miejsce na wypoczynek. Można coś zjeść, poczytać o mistrzu skrzypiec, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie i pojechać dalej ku kolejnemu muralowi i kolejnej małej wielkiej historii.